czwartek, 8 stycznia 2015

Zaginione łowisko cz.2

Skręciliśmy w kierunku niewielkiego rozlewiska, z trudem przepłynęliśmy przez linię srebrno zielonej trzciny. Wysoki na blisko 3m mur wydawał się nie do przebicia. Kilkadziesiąt metrów dalej wydostaliśmy się na spokojną, płytką rzeczkę o bardzo przejrzystej wodzie i mulistym dnie. Miała najwyżej 10m szerokości. Nieznane mi dotąd rośliny porastały oba brzegi. Nie pomyślałbym nigdy o istnieniu tak bajkowej krainy. 



Nansen wyglądał jak w transie, stał na dziobie w kompletnym bezruchu. Kropelki porannej mgły osiadały na jego rudych krzaczastych brwiach. Spod siwego zarostu na twarzy kształtował się niewyraźny uśmiech. Pierwszy raz widziałem go tak szczęśliwego. Postronny obserwator, mógłby powiedzieć, że z tyłu Nansen wyglądał jak Kapitan, który dumnie stoi wyprostowany na dziobie swojego okrętu. Natomiast z innej perspektywy obraz jego był groteskowy. Rude, krzaczaste brwi zrośnięte na nosie, gęste kręcone czarne włosy i siwa jak popiół broda z której szczerzył się szczerbaty uśmiech. Dumał i dumał, po cichu nucił pod nosem jakąś melodię a co jakiś czas z jego ust wydobywały się słowa piosenki. Słowa piękne, wartościowe i wyniosłe nijak nie pasowały do jego charakteru. Opryskliwy i chytry dziad, który za zdechłą ukleję byłby gotów połamać Ci wędki. Admirał Cortez siedział oparty o rufę, ćmił papieroska puszczając kółka z wydychanego dymu. Równie zachwycony piękną przyrodą, widziałem jak spod byka zerkał na Chestera. Oznaczało to jedno, że w bliżej nieokreślonym czasie wydarzy się coś czego Nansen Chester nie będzie chciał wspominać. Cortez i Chester znają się od bardzo dawna i tak jak długo trwa ich znajomość tak długo się nienawidzą do tego stopnia, że jeden z drugim nie pozwolą siebie skrzywdzić przez obcą osobę tylko po to by sami nawzajem mogli sobie utrudniać żywot ziemski. Admirał za każdym razem gdy się nabił bimbru opowiadał o dowcipach, które wywinął naszemu rudzielcowi. Jeden z nich zapadł mi w pamięci. 

Było to w czasach kiedy w każdej kałuży, strumyku radośnie pływały ryby. Nie było wymyślnego sprzętu i takiej nagonki jak to jest w chwili obecnej. Każdy mógł łowić jak chciał i ile chciał w wodach nie brakowało potężnych okazów okoni, szczupaków, sumów, linów czy nawet 10kg leszczy. Takie bydlaki pływały nad meandrującą wśród łąk i lasów piękną rzeką Drwęcą, kiedy byliśmy młodzi i przepełnieni rywalizacją między sobą. Wszelkie chwyty były dozwolone, nie raz wędkowanie kończyło się na bójce lub kąpieli w zimnym nurcie. Kilka godzin później, godziliśmy się, zapominaliśmy o zwadach, sporach, umawialiśmy i planowaliśmy kolejne wyprawy. Owe zdarzenie miało miejsce w lipcu, ciepły mglisty poranek powitał nas po krótkiej nocy. W blasku wschodzącego słońca popijaliśmy ostatnie krople różanego wina. Obok tliło się dogasające ognisko, z którego białawy dym otaczał nas, wokół pachniało jeszcze pieczonymi kartoflami. Mgła dookoła a szczególnie za oczami. Jak zwykle lekko przegięliśmy z winem, które podkradaliśmy dziadkowi z piwnicy. Chwiejnie podeszliśmy do bambusowych wędzisk. Wnet kij Chestera wystrzelił jak rakieta. Zdążył, ledwo zdążył go złapać, zaciął wymachując dziwnie rękoma, radziecki kołowrotek oddawał grubą żyłkę. Rybsko nie chciało oderwać się od dna, trzymało się nurtu jak topiący brzytwy. Miota otumanionym od wina Chesterem jak szmatą. Adrenalina podskoczyła do maksimum. Ruski kręcioł terkotał a żyłka trzeszczała będąc prawie na granicy wytrzymałości, w końcu stało się to czego chciałem, złota ogromna łopata wyłożyła się na powierzchni. Ostatkiem sił łapie powietrza i jest już jego. Radość w oczach Nansena zaświtała, zawył z zachwytu. Cieszył się jak dziecko na widok wymarzonej zabawki. Owszem miał do tego powód, na bank mógł ważyć około dychy, toż to był istny potwór. Zamroczony, w ekstazie poprosił mnie o pomoc w podebraniu ryby. Byłem na tyle trzeźwy by zejść po stromej piaszczystej skarpie i chwycić zdobycz. Sam diabeł chyba mi szeptał do ucha. Z szelmowskim uśmiechem popatrzyłem w kipiące radością oczy towarzysza. Z kieszeni spodni powoli wyciągnąłem kozika. Widziałem jak gaśnie szczęście, zamienia się w niepokój, który przeistoczył się w panikę. Niespodziewana, natychmiastowa zmiana nastroju wstrząsnęła wątłym truchłem. Szybkim ruchem odciąłem rybę. Szach mat Chester, krzyknąłem rechocząc się z jego nieporadności. Leszczak machnął ogonem i znikł w głębokim nurcie. Dziś jak to wspominam wiem jakie to było chamskie i egoistyczne zachowanie. Wylew złości nie miał końca, słowotok wulgaryzmów, który popłynął w moim kierunku na pewno zdziwiłby nie jednego szewca. Piana z ust bryzgała z wściekłości, zagotował się chłopczyna jak woda w czajniku. Czerwony niczym burak ćwikłowy, wymachiwał i rzucał czym popadnie w moją postać. Pamiętam jak dziś, zawinąłem się czym prędzej, i biegiem na szagę przez dziki bez udałem się w kierunku domu.

Beztrosko mijały kolejne godziny, w milczeniu wsłuchiwaliśmy się w odgłosy otaczającej nas mnogości fauny i flory. Krajobraz powoli zaczął się zmieniać. Gęste gałęzie drzew tworzyły naturalną pergolę nad naszymi głowami. Tym zielonym tunelem w półmroku płynęliśmy przezroczystą rzeką, czystą jak kryształ, nieruchomą jak tafla szkła. Piękną grę barw wzmacniało żywe światło padające z góry. Błyszcząca gładź pod liściastym stropem przesianym złagodzonym światłem rozpościerała się przed nami. Prawdziwa aleja w bajkową krainę. Ptactwa tu było mnóstwo, zwłaszcza czapli, bocianów i kormoranów. W małych grupkach stały na każdym przybrzeżnym pniu. W kryształowo czystej wodzie pod nami roiło się od ryb różnych gatunków i rozmiarów. Dwa dni płynęliśmy tym tunelem w seledynowej mgiełce słonecznego blasku. Na dłuższych odcinkach trudno było rozróżnić gdzie kończyła się zielona toń a gdzie zaczynał zielony strop. Żaden odgłos cywilizowanego świata nie przerwał ciszy nad tym cudownym wodnym traktem.

Pod koniec drugiego dnia rzeka zaczęła zmieniać się w zwykły potoczek. W końcu zupełnie nawet zginęła w wielkim zielonym mokradle. Nie mogliśmy dalej płynąć, koniecznością stało się brodzenie i pchanie łodzi przez moczary. Oczywiście Chester miał dużo do powiedzenia w tej kwestii. Niekoniecznie mądrego ale pozwoliliśmy mu się wygadać i nie zwracaliśmy uwagi na jego stękanie. Mieliśmy inny problem. Ogromne chmary komarów i innych owadów były prawdziwą plagą tego miejsca. Nad ranem gęsta mgła spowiła dolinę rzeki szerokim płaszczem ograniczając naszą widoczność dosłownie do kilkunastu metrów. Urokliwe za dnia miejsce zmieniło się w ponure jak z horroru siedlisko strzyg i topielców. Powykrzywiane suche gałęzie drzew wystające z bagna wyglądały jak upiorne stwory czyhające na zbłąkanych ludzi. Wszechobecną ciszę rozdzierał przenikliwy skrzek latających żurawi niosący się echem w dal poprzez gęsty dziewiczy las znikając gdzieś w niewidocznym dla nas horyzoncie. Przeczesując moczary gruby dywan z zielonkawej dzierzęgi utrudniał dostrzeganie podwodnych przeszkód. Jeden nieostrożny krok dzielił od kąpieli w śmierdzącej zgnilizną wodzie pełnej krwiopijnych czarnych pijawek. Slalom między gęstymi kępami soczysto zielonego tataraku i pałki wodnej w wodzie pełnej niespodzianek oraz błocie po kolana kończył się przed blisko trzy metrową ścianą trzciny i innej roślinności wodnej, którą natura tak skrzętnie rozmieściła by jak najbardziej utrudnić dostęp intruzom oraz dać schronienie niezliczonej ilości gatunków ptactwa wodnego. Idziemy powoli i ostrożnie, przed nosami mamy tylko srebrno-zielone liście trzciny i nic po za tym. Nie czuć już smrodu zgnilizny, rześko możemy oddychać świeżym i wilgotnym powietrzem przepełnionym zapachami rosnących nieopodal ziół. W końcu jesteśmy na wyspie, możemy na chwilę przytupnąć i odpocząć, za plecami zostawiliśmy zieloną fortecę roślinności a przed nami rozpościerała się niewielka łąka przepełniona pajęczymi sieciami, na których osadzały się malutkie kropelki wody wiszące w powietrzu. Ruszamy dalej ugniatając ścieżkę między podeschłą już trawą i parzącymi pokrzywami przeplatanymi rozległymi pnączami, które skutecznie przeszkadzają w przejściu. Z za mgły można już dostrzec taflę zalewu, lecz to dopiero półmetek, docelowe miejsce jest jeszcze niedostępne. Zanurzamy się do pasa w wodzie, stopniowo przesuwamy się do przodu, wiele trudności sprawia gęsto rosnący wywłócznik wymieszany z jasnozielonymi nitkami glonów. Nagle ciszę przerywa odgłos tak przeraźliwy, że aż włosy stanęły mi dęba, Cortez zbladł a Chester w mgnieniu oka skrył się za łodzią, znieruchomieliśmy w strachu, wypatrując cóż to próbuje się przedrzeć przez trzcinowisko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz